• » RiderBlog
  • » jerry01
  • » Kiedy znajdziemy się na zakręcie... (z ciężarówką z naprzeciwka)
Najnowsze komentarze
Pierdu, pierdu. W styczniu kupiłem...
Przecież to nie chodzi o litr 600 ...
Przecież to nie chodzi o litr 600 ...
Przecież to nie chodzi o litr 600 ...
Przecież to nie chodzi o litr 600 ...
Więcej komentarzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki
<brak wpisów>

18.10.2012 11:53

Kiedy znajdziemy się na zakręcie... (z ciężarówką z naprzeciwka)

To był maj wokół pachniało śmiercią na na na na na na naaaaa

 Pobudka rano. Patrzę na zegarek. Ok to już. Ociągam się trochę ze wstawaniem. Ale czuję się wyspany i wypoczęty. Tak właśnie sobie zaplanowałem dnia poprzedniego. Nie planuję trasy - znam ją na pamięć, wszystkie z 360 km jakie mam dzisiaj do pokonania. Zjadam coś na szybko, pakuję podręczne rzeczy w sakiewkę na kierownicę, ubieram się w kombi idę obudzić Hankę (moją CeBRę).
Po delikatnym muśnięciu Hanka również budzi się po ciepłej i spokojnie przespanej nocy. Zapinam sakiewkę, wrzucam kask, rękawice, zapinam jedynkę, puszczam sprzęgło i... zdechła :/ (nie no żartuję). I ruszamy w trasę. Nie pisałem nic o pakowaniu mandżurka i innych przygotowaniach, gdyż wyruszam właśnie w trasę do rodzinki, gdzie 2 dni wcześniej pojechali moi rodziciele katamaranem, do którego upchnąłem wszystkie potrzebne mi na wyjeździe rzeczy.
Jadę więc tylko ja i Hanka, 0 zbędnego bagażu. Wylot z Wawy jak to wylot Okęcie zakorkowane, ja lecę między puszkami i odliczam zaoszczędzone w ten sposób dziesiątki minut. Dalej target -> Kielce.

 Droga mija mi bardzo przyjemnie. Nowo oddana trasa szybkiego ruchu jest nudna i jak już wcześniej wspomniałem często tamtędy jeździłem (puszką co prawda) jeszcze przed remontem.
Nawijam kolejne kilometry i jaram się jak dziecko tym, że ja i ona i droga i kilometry i wolność i wiatr i pozdrawiający, lub odwzajemniający pozdrowienie motocykliści, którzy podobnie jak ja wybrali się na majówkę w kierunku pagórkowacie ukształtowanego południa naszej pięknej ojczyzny.

 W Radomiu zaskoczyły mnie olbrzymie nie występujące tu ani w mojej świadomości koleiny :/ Było naprawdę nieprzyjemnie. Do tego gigantyczny korek, który pokonałem "pasem dla motocyklistów"... Wylot z Radomia już spokojnie i w tej sielankowej atmosferze dotarłem do Kielc.
Że na Maka nie miałem weny a nie chciało mi się tkwić w centrum, więc przeleciałem przez miasto i zatrzymałem się na jakiejś większej stacji benzynowej na trasie Tam uzupełniłem braki płynów zarówno w swoim jak i Hankowym organizmie, coś przekąsiłem, umyłem usyfioną do granic możliwości szybkę kasku, zadzwoniłem do bliskich, że wszystko ok i wyruszyłem w dalszą drogę.
Tak dotarłem do twierdzy absurdu, do gniazda zła, do końca świata i początku stepów, do ostatniego mostu na rzece Kwai a uściślając do mostu na Wiśle w miejscowości Szczucin. Obecnie granicy Województw Świętokrzyskiego i Małopolskiego. Niegdyś natomiast granicy Galicji.
Co ja się tak tego Szczucina uczepiłem zapytacie? Niestety ale w tym magicznym miejscu człowiek odczuwa przejście cywilizacyjne. Most jest niczym wrota do Narni.
Po jednej stronie wszystko normalnie, drogi jak drogi (aktualnie nawet bardzo ok jak na polskie standardy), po drugiej stronie natomiast - bociany prawym skrzydłem zasłaniają oczy, a na lewym łapią zakręt, prąd zawraca w kablach, a internet radiowy ucieka w kosmos.
A tak na poważnie droga się zwęża i zaczynają się bardzo fajne winkle, jednak w wielu miejscach brak jest poboczy, a nowy asfalt przykrywa na wirażach, warstewka piachu, żwiru, iłu nasypanego z poboczy. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Los bardzo nie chciał, żebym znalazł się cały po drugiej stronie owego mostu. :/

 Wjechałem na most, na którym  jakiś zawalidroga tamował ruch. Pomimo było bardzo wąsko i 2 samochody ciężarowe muszą zachować uwagę przy wymijaniu się, ja znalazłem się na czele stawki. Przed zjazdem z samego mostu i wjazdem na łuk drogi pomimo niewielkiej prędkości dodatkowo zwolniłem. Nie było to przypadkowe. Jak już mówiłem trasę tą znam dobrze.
Skręcam więc  pochylony w prawo, drogę przed sobą widzę na kilkanaście metrów (ostry łuk + krzaki zasłaniają skutecznie wszystko). W tym momencie widzę pędzącą z naprzeciwka ciężarówkę wyprzedzającą moim pasem ciągnik rolniczy (na podwójnej ciągłej, na wzniesieniu, na łuku drogi i w zasadzie już na moście - tuż przed nim a dokładnie na wjeździe).
To ile kierownik siedzący w szoferce złamał w tym momencie przepisów uwierzcie lub nie było mi kompletnie obojętne. Uderzenie adrenaliny, pchnięcie kierownicy z prawej strony, dociągam z lewej, schodzę do prawej ile mogę (mówiłem już coś chyba o żwirze z pobocza...), ciężarówka już za mną, ale ma jeszcze przyczepę, która zachodzi.
Ta przyczepa ma odblaski na wystających plastikowych odstających patyczkach. Te cholerne odblaski zbliżają się do mojej lewej ręki. Dociągami wypycham kierownicę obiema rękami,  przeciwskręt ile mogę, w międzyczasie jakoś nieświadomie wyciągam łokieć do przodu ochraniaczem, żeby w razie czego te plastiki łamać, a nie zostać o nie zahaczonym i pociągniętym.
Każda sekunda trwa jak godzina, 3 plastiki, 2 do końca, ostatni nieuchronnie zbliża się do mojego łokcia, kierownica złożona na tyle żeby się na piachu nie położyć. Jeszcze kilkanaście centymetrów, kilka, już wiem że ostatni odblask mnie trafi, albo go złamię, albo leżę. Odblask jest przed moim łokciem, widzę go tylko kątem oka, bo patrzę w łuk, pffffffffzzzzzzzzzuuuuuuuummmmmmmmm - łomot przelatującego po moim kombiaku powietrza. Odwijam, prostuję się, zwalniam.
Przeleciałem. Ostatni odblask przeszedł mi koło łokcia bardzo blisko, ale na ile blisko nie wiem - nie patrzyłem na niego. Miałem uczucie, że mnie musnął, ale może to pęd powietrza. Czuję ogromny strzał adrenaliny. Pierwsza myśl zawracam i gonie gościa. Jeden pas. Jak go dopadnę, to nie ma gdzie uciec. Odliczam do dziesięciu i dochodzę do wniosku, że jak go dogonię, to bez rękoczynów się nie obejdzie, a mój obecny stan psychiczny może spowodować jego ciężki uszczerbek na jego zdrowiu.
Zmieniam Pampersa i bez gonitw i skakania po głowie burakowi z szoferki ruszam spokojnie dalej. Podziękowałem również aniołowi Stróżowi za to, że mimo wolnej drogi nie odwinąłem, bo byśmy się nie zmieścili oj nie...

 

mapka

 

 Do celu dojeżdżam licząc z postojem w 2/3 czasu potrzebnego na dojazd puszką więc jest całkiem dobrze (jednak omijanie korków skraca czas niemiłosiernie). Głaszczę Hanię po owiewce i baku, dziękuje jej, że tak dobrze jechała, że mnie w żadnym momencie nie zawiodła. Mówię do niej chwilę i idę się przywitać z rodzinką poinformowaną o naszym przybyciu poprzez zrealizowanie hasła "daj jej do odciny".
Cały kombiak, kask a nawet rękawice w muszkach i innym robactwie unoszącym się ponad asfaltem. Tak samo Hanka. Obydwoje uśmiechnięci i wdzięczni losowi, że dotarliśmy w 1 kawałku. Teraz mamy kilka dni na regenerację, wyczyszczenie ciuchów i Hanki oczywiście, oraz pokręcenie się wokół komina. Co przy tym ukształtowaniu terenu sprawia nam wiele radości.


Morał? – Nie znasz trasy? Nie zapierd**aj !!! Znasz trasę? Wykorzystaj to dobrze!

 

PS. Sorry ale nie naumiałem się jeszcze tak zamieszczać obrazka, co by był podgląd miniaturki, więc trzeba go sobie kliknąć.

Komentarze : 4
2012-10-19 11:44:57 sniadanie

Nie chciałbym tu uogólniać, ale Pech bardzo często wyskakuje na najlepiej znanych trasach, przy jednoczesnej obecności wszędzie tam, gdzie tylko jesteśmy. Żartów z nim nie ma, a rady złotej, aby mu zaradzić, też nie znajduję. Pozdrawiam.

2012-10-19 00:00:55 klurik

Ja stosuję metodę następującą:
Pobocze
Telefon 112
A wiecie co? Ten gościu w ciężarówce/osobówce to chyba na bani jedzie bo zapiernicza po całej szerokości.
Dziękujemy przekażemy patrolom.
Jak powiesz, że brzydko wyprzedzał, to odpowiedzą, że przecież mu nie udowodnią. A tak, chociaż sprawdzą czy nie leci na podwójnym, a jak już będzie dmuchał to może ma opony łyse, albo tacho coś nie tak...

2012-10-18 12:13:22 Jerry01

Dzięki za koment.
Z tym wykorzystaniem znajomosci trasy wlsnie o to mi chodzilo - znałem, wiedzialem, ze kotos moze wyskoczyc, albo niewyrobic na zakrecie, ale ze mi pojdzie na czolo to w ciezkim szoku bylem. Co do zawracania nie bede sie napinal. Taka decyzje podjalem i chyba slusznie.

2012-10-18 12:06:53 EasyXJRider

Ja bym trochę zmodyfikował Twój morał:
Nie znasz trasy, nie zapierdalaj. Jak znasz trasę to też nie zapierdalaj, bo to ten z naprzeciwka nie musi jej znać.
Miło, że nic się nie stało. Aha, kierowcy ciężarówek nie dają się zatrzymać, jak wiedzą (a wiedzą) za co ich gonisz.
LwG

  • Dodaj komentarz